Z czerwonych wierchów na Kasprowy czyli jak z biegiem czasu zmieniają się wspomnienia

 

Kochani, dzisiaj zacznę od tego, że w związku z ostatnim kilkudniowym przestojem w nowym tygodniu ruszam z dawką ogromnej motywacji i pomysłów na kolejne wpisy dla Was.

Dodatkowo dziękuję ogromnie, że jesteście tu ze mną i razem możemy jeszcze raz we wspomnieniach przemierzać te wszystkie szlaki. Enjoy!


Przełęcz Kondracka, my poszliśmy najpierw w prawo na Giewont a później na Kopę Kondracką.


 

Wczoraj wieczorem planując trasy na kolejny wyjazd przypomniało mi się nasze pierwsze wejście na Giewont (o którym innym razem) i następnie trasa przez Kopę Kondracką na Kasprowy Wierch, o czym dzisiaj.



Gdzieś w połowie trasy, wiadomo bez selfie się nie obejdzie :).  Jak widać szlak bardzo przyjemny i urokliwy.


 

Początkowo trasa bardzo przyjemna i spokojna. Cudowne widoki, szczególnie że podpasowała nam pogoda. Trochę z górki, trochę pod góre, typowy trekking, nic wymagającego ani tym bardziej męczącego.  Jednak dobre złego początki..  Pamiętam, kiedy na trasie dwa razy napotkaliśmy strome głazy, które wymagały niewielkiego „wspinu” (dzisiaj nie nazwałabym tego nawet wspinaniem).


Przecudowna panorama!


 

Kiedy jako bardzo początkujący (był to nasz pierwszy wyjazd), typowi sezonowi turyści zobaczyliśmy, co zaraz musimy pokonać, początkowo zamarliśmy wszyscy w miejscu. Jednak z racji, że innego wyjścia nie było, trzeba było ruszyć do przodu. Pierwszy poszedł Mateusz, któremu przy wchodzeniu obsunęła się noga. Szczerze mówiąc, widziałam już wtedy śmierć w oczach, bo przecież tragedia, 2 metrowy głaz! 😉




Okazało się, że przeszkodę udało się oczywiście pokonać bez większych problemów. Nie ma w tych miejscach dużej ekspozycji, nie ma urwisk czy przepaści. Trasa szerokości 2-3 metry, moim zdaniem całkowicie bezpieczna. Ale wtedy panikę trzeba było zasiać, wiadomo.


To tylko wygląda tak strasznie na zdjęciu, gwarantuję 🙂



Dzisiaj, patrząc z perspektywy czasu i perspektywy tras, które udało nam się już przejść dziwię się sama sobie- o co mi wtedy chodziło? Obecnie z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że polecam gorąco tę trasę wszystkim, którzy zaczynają swoją przygodę w Tatrach. Przy odrobinie dobrej pogody ukażą się przed nami cudowne krajobrazy, które nie raz zapierają dech w piersiach.




Niedługo następny wpis, zaglądajcie!
Patrycja 🙂

 

Jak wybrać buty na trekking w górach

Kochani, dzisiaj wpis z serii poradników. Opowiem Wam trochę czym warto się kierować i na co zwracać uwagę przy wyborze odpowiedniego obuwia na długie, czasem całodniowe wędrówki w górach.

Po pierwsze musimy zastanowić się nad tym, czy wybieramy się w góry jednorazowo, raz do roku z rodzinką czy może planujemy częste, kilkudniowe wypady w góry nastawione na zdobywanie szczytów. Jeśli na razie nie jesteśmy przekonani co do częstotliwości, z jaką będziemy użytkowali nasze buty to na swoim przykładzie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że na jednorazowe wyjście latem wystarczą nam dobre i wygodne adidasy. Osobiście za pierwszym moim wyjazdem zaopatrzyłam się w wygodne, niskie salomonki, które na co dzień używam jako zwykłe adidasy. Przy zakupie kierowałam się głównie trzema rzeczami. Po pierwsze buty muszą być wygodne. Pamiętajmy, że nawet jednodniowe wyjście w góry wiąże się z kilkugodzinną wędrówką, raz po górę, raz w dół. Po drugie warto, aby buty były o 0,5-1 rozmiar większe o rozmiaru, który nosimy na co dzień. Jest tak dlatego, że podczas schodzenia z gór, pod nachyleniem podłoża stopa w bucie zaczyna nam „uciekać” do przodu. Przy butach w normalnym rozmiarze (a jeszcze gorzej za małych!) po dotarciu do miejsca noclegu nasze palce u stóp będą w najlepszym przypadku całe obolałe, a w najgorszym zaczną odchodzić nam paznokcie. Naprawdę nie jest to ani miły widok ani przyjemne uczucie, a tak niewiele potrzeba, żeby pamiętać o rozmiarze większym. Trzecią ważną wskazówką jest podeszwa buta. Najlepiej aby posiadała głęboki bieżnik i „zróżnicowane wypukłości”. Zapewni to nam lepszą przyczepność do podłoża, szczególnie kiedy złapie nas deszcz a kamienie staną się śliskie i wręcz niebezpieczne. O to, jaki dokładnie powinien być bieżnik powinniśmy zapytać sprzedawcę- jeśli jest dobry, to na pewno będzie się na tym znał :).

Opcja druga, czyli byliśmy już raz, złapaliśmy bakcyla i chcemy wybrać buty, które będziemy często eksploatowali i posłużą nam dłuższy czas. W tym przypadku, nie da się ukryć, że musimy liczyć się z większym wydatkiem. Po za cechami, które wymieniłam powyżej warto tutaj zwrócić uwagę na dodatkowe rzeczy. Ja osobiście polecam buty wysokie. Sami z Mateuszem po pierwszym wyjeździe postanowiliśmy zainwestować w lepsze obuwie za kostkę. Po pierwsze ze względu na to, że w niskich butach stopa nie jest stabilna a kostka nieusztywniona, przez co po pokonywaniu dłuższych tras moje kostki wyglądały jak bańki. Po drugie nasz kolejny wyjazd odbył się w końcówce września, gdzie w wyższych partiach gór zalegało już ok. 15-20 cm śniegu. Nie sposób w takim wypadku maszerować w butach poniżej kostki, chyba, że chcemy obetrzeć sobie nogi… ;). Kolejną rzeczą, na którą warto zwrócić uwagę jest materiał, z którego wykonane są buty. Jeśli nie jest nieprzemakalny to koniecznym jest zakupienie odpowiedniego impregnatu, który nas uchroni przed przemoczeniem. Moje buty, które wybrałam są zrobione z materiału zewnętrznego nubuku woskowanego, do których dodatkowo używam impregnatu zwanego woskiem pszczelim. Przy takim zestawie jeszcze nigdy nie udało mi się przemoczyć buta i zawsze docieram do domu „suchą stopą” :).


Znalezione obrazy dla zapytania tatra lady gtx

Te buty osobiście polecam, testuję je od ponad pół roku i jak na razie nie miałam z nimi najmniejszego problemu.


 

Kochani, czym jeszcze kierujecie się przy wyborze butów do trekkingu? Dajcie znać w komentarzach, może o czymś zapomniałam!

Patrycja

 

Marszem przez Świstówkę


 

Na początku chciałam podziękować za tyle miłych słów od osób, które miały okazje tutaj wpaść i co nieco poczytać a także za to, że jesteście tu ze mną i na nowo, razem maszerujemy przez opisywane trasy. Z dnia na dzień jest nas co raz więcej. Jesteście najlepsi!


Wpadajcie na INSTAGRAM
Polubcie także nasz FANPAGE


 

Dzisiaj opowiem Wam trochę o naszym największym błędzie pierwszego wyjazdu w Tatry, czyli o tym jak lekka trasa na rozgrzewkę doprowadza do dwudniowego zakwaso-paraliżu.. 🙂

Otóż pierwszego dnia po przyjeździe wyruszyliśmy rano na szlak z Palenicy Białczańskiej w stronę Morskiego Oka, po czym przy Wodogrzmotach Mickiewicza (Mateusz dalej, nie wiedzieć dlaczego określa je mianem wodomierzy :D) odbiliśmy w prawo na zielony szlak w stronę Doliny Pięciu Stawów przez dolinę Roztoki. Początek szlaku wiedzie mocno pod górę- wysokie, kamieniste stopnie a do tego stromo, na szczęście taki jest tylko pierwszy fragment, którego pokonanie zajmuje ok 10-15 minut. Dalej idziemy spokojną trasą przez dolinę Roztoki, gdzie możemy podziwiać cudowne krajobrazy i strumyki, jednak niestety momentami spotykamy też pełno łysych, połamanych drzew.


27781796_1598508510228495_2017124590_n


 

Maszerując dalej dochodzimy do momentu kiedy mamy wybór- iść dalej zielonym szlakiem prowadzącym tuż przy wodospadzie Siklawa lub odbić w lewo na czarny szlak, który my właśnie wybraliśmy. Wspominałam już kiedyś że tego typu szlaki są jednymi z moich ulubionych. Jeżeli ktoś z Was również lubi strome podejścia gdzie trzeba ostro zasuwać pod górę, to polecam gorąco właśnie czarny szlak prowadzący bezpośrednio do Schroniska na Piątce. Dla mnie bajka!


Tutaj zdjęcia czarnego szlaku na Piątkę z góry, trzeba czasem popatrzeć jak inni się jeszcze męczą :p.


Swoją drogą, miesiąc później dla odmiany weszliśmy na Piątkę do końca zielonym szlakiem tuż przy wodospadzie. Z ręką na sercu mogę powiedzieć że trasa ta jest dużo bardziej malownicza i widokowa, chociażby ze względu na sam wodospad ale nie tylko. Za pierwszym razem słyszeliśmy głosy, że czarny szlak jest trudniejszy i bardziej wymagający. Po przejściu obu szczerze mówiąc nie widzę zbyt dużej różnicy w stopniu trudności pokonania obu tras, obie są podobnie strome i obie wymagają albo dobrej kondycji albo postojów co kilka stopni ;).

Po wejściu do Doliny Pięciu Stawów ruszyliśmy dalej niebieskim szlakiem początkowo prowadzącym tuż przy brzegu Przedniego Stawu. Po chwili docieramy do miejsca, gdzie przez niedługi fragment maszerujemy przez głazowisko. Nie ma tutaj nic strasznego czy niebezpiecznego, oczywiście pod warunkiem, że nie skręcimy kostki wpadając w szczelinkę między głazami.


W tle szlak, który za chwilę nas czeka 🙂


A za nami piękna i niezwykle urokliwa Dolina Pięciu Stawów.


Docieramy w końcu na Świstową Kopę i zaczynamy schodzić. Idziemy po wygodnej trasie w dół, po chwili przed nami odsłaniają się piękne widoki na Morskie Oko, Czarny Staw, Rysy i inne szczyty należące do Tatr Wysokich. Przez większą część szlaku schodzimy po dużych, kamienistych stopniach (czasami na tyle sporych, że nie łatwo było mi dosięgnąć stopą podłoża :p).

 


Widoki na Morskie Oko i Tatry Wysokie.

Po zejściu do schroniska (w końcu!) zaczęło lekko padać, więc skorzystaliśmy z okazji aby coś zjeść i uzupełnić płyny po czym doszliśmy do wniosku, że –trzeba by coś, gdzieś jeszcze– bo przecież mamy czas. No więc po chwili dyskusji zarzuciliśmy znów plecaki na plecy i ruszyliśmy w deszczu na Czarny Staw pod Rysami. Niestety ze względu na pogodę i straszną mgłę nie udało nam się zobaczyć praktycznie nic po za rządkiem kamieni.

A oto dowód:

 

Nie pozostało nam nic innego niż zejść ostrożnie po mokrych i śliskich kamieniach z powrotem do schroniska a następnie na parking do Palenicy Białczańskiej. Patrząc dzisiaj na tamten dzień myślę, że wejście na Czarny Staw było już kompletnie niepotrzebne, ponieważ wracaliśmy z Morskiego Oka przemoczeni od stóp do głów do tego od połowy drogi praktycznie już w ciemnościach (Uwaga! Udało nam się to bez wzywania Policji i TOPR-u, żyjemy do dzisiaj! 🙂 ). Niestety dotarliśmy do Murzasichle gdzie mieliśmy nocleg ok. godziny 21, do tego ledwo żywi i totalnie zmęczeni. Najgorsze jednak wydarzyło się następnego ranka kiedy okazało się, że przez zakwasy żadne z nas nie jest w stanie podnieść się z łóżka. Nie pomogły gorące kąpiele, piwko ani całe popołudnie na termach. Kolejnego dnia jedyne co byliśmy w stanie zrobić to przejść się spacerem na Ornak przez Dolinę Kościeliską. Straciliśmy przez naszą rozgrzewkę dwa dni wyjazdu i dopiero czwartego dnia udało nam się ruszyć na Giewont.

Tego pamiętnego dnia, bez wcześniejszych przygotowań czy treningów zrobiliśmy ponad 30km.

Na szczęście wyciągnęliśmy wnioski na przyszłość i teraz minimum miesiąc przed planowanym wyjazdem zaczynamy regularnie ćwiczyć, spacerować i maszerować po schodach. Dla mnie osobiście jest to szczególnie ważne, ponieważ mieszkając nad morzem nie mam możliwości wyskoczyć sobie przynajmniej raz w miesiącu na weekend w góry (chociaż tak bardzo bym chciała), głównie ze względu na dojazd, który zajmuje praktycznie cały dzień. W związku z tym, kiedy w końcu uda mi się wygospodarować ten tydzień na urlop w górach chcę każdy dzień w pełni wykorzystać. Teraz kiedy już nauczyłam się na błędach, przed każdym wyjazdem staram się maksymalnie przygotowywać do górskich wędrówek, żeby przypadkiem nie zmarnować znowu kolejnego dnia czy kilku, kilkunastu godzin wyjazdu na siedzenie w pokoju i narzekanie, że nie mogę chodzić bo zakwasy..

Mam nadzieję, że spodoba Wam się dzisiejszy wpis i, że mimo wszystko weźmiecie do siebie moje rady.

Patrycja

 

Jak krasnal z krótkimi nogami maszeruje przez Tatry

Moi kochani, na początku chciałam bardzo podziękować, że zaglądacie tutaj i jesteście z nami!

Otóż dzisiaj sprawa bardzo ważna, bo zapewne (tak jak ja na początku) wielu z Was zastanawia się jak to jest. Zasuwasz pod górę od kilku dobrych godzin z językiem na wierzchu, ledwo łapiesz oddech a do tego zaczyna się trudniejszy teren. Nagle patrzysz, a przed Tobą kamlot wyższy od Ciebie o pół metra i myślisz sobie „pies pogrzebany”. Pokażę Wam, że w rzeczywistości nie jest to takie straszne, pod warunkiem że podejdzie się do tego z głową.


Oto najlepszy dowód, że na wszystko da się wdrapać 😊.


Po pierwsze pamiętajmy, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Skoro prowadzi tam szlak, to znaczy, że bez względu czy masz 1,6m czy 2m wzrostu- da się tę przeszkodę pokonać. Nie zapominajmy, że każdy taki głaz ma wyżłobienia, szczelinki i wszelkie inne „urozmaicenia”, które po prostu mogą nam posłużyć jako punkt podparcia. Po drugie, tak jak i przy codziennych czynnościach, tak i w górach mamy nie tylko nogi ale też i ręce (czasem się o tym zapomina 😉), które w takich momentach mogą nie tylko pomóc ale też odegrać pierwszoplanową rolę.


Niebieski szlak na Zawrat z Hali Gąsienicowej, już nawet tutaj czekało nas trochę wdrapywania 😊


Po trzecie, zawsze jest ktoś w pobliżu. Bez względu czy idziemy w grupie czy samotnie- latem, na mało wymagających trasach zawsze znajdziemy innych turystów. Ktoś, kto był w górach chociaż raz wie dobrze, że ciężko znaleźć tam ludzi nieuprzejmych, którzy nie chcieliby służyć pomocą lub chociaż dobrą radą (swoją drogą to jeden z głównych powodów, dla których pokochałam góry). Nawet jeśli okaże się, że mimo znalezienia dodatkowych punktów podparcia i używania rąk nie jesteśmy w stanie się wdrapać- poprośmy o pomoc. To nic nie kosztuje a moment, kiedy uda nam się wejść wszystko wynagrodzi.

Ostatnim sposobem, aczkolwiek nie zawsze skutecznym i możliwym jest obejście przeszkody bokiem, oczywiście pod warunkiem, że nie narażamy w ten sposób swojego życia np. gdy obok jest urwisko. Przyznam szczerze, że korzystam w tej opcji tak często jak tylko mogę, szczególnie dlatego, że idąc za Mateuszem (bo w takiej kolejności zwykle wchodzimy i schodzimy), który ma prawie 2m wzrostu i nogi dłuższe ode mnie o kilkanaście centymetrów, nie sposób czasami jest zrobić taki krok jaki robi on. Wtedy po prostu szukam „swojej trasy” podpierając się i łapiąc za inne fragmenty skały.

Mimo wszystko pamiętajcie, że w górach do samego zejścia musimy zachować czujność a każdy nasz krok powinien być stawiany „z głową”, nigdy automatycznie.

Zapraszam do przeczytania pozostałych postów!

Patrycja ⛰

Respekt do gór czyli idziesz na Zadni Granat a kończysz na przełęczy Karb

Pod koniec września zeszłego roku podczas kolejnego wyjazdu w Tatry zaplanowaliśmy na jeden z dni trasę z Brzezin przez Halę Gąsienicową na Zadni Granat (2240m n.p.m.). Ruszyliśmy z samego rana w stronę Murowańca, było pogodnie i słonecznie. Nie jest to trasa szczególnie przeze mnie lubiana. 1,5h monotonnej drogi, brak widoków, z każdej strony las a do tego wyboiste kamienie (które, jak udało nam się dowiedzieć, kilka lat temu były poprawiane, aż strach pomyśleć co było wcześniej). Na szczęście, co ratuje w moich oczach tę trasę to miejsce gdzie w okolicach Psiej Trawki stoi kilka stołów i ławek, idealne miejsce na śniadanko w plenerze na świeżym powietrzu, bajka! Doszliśmy do Murowańca a stamtąd udaliśmy się w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego. Wyjątkowo bardzo lubię to miejsce, kojarzy mi się z naszą pierwszą (swoją drogą nieudaną) wyprawą na Zawrat, ale o tym innym razem :). Po chwili odpoczynku byliśmy gotowi do marszu w stronę Zadniego Granatu ale w tym momencie zobaczyliśmy helikopter kierujący się właśnie w tamtą stronę. Okazało się że dwoje turystów zeszło z żółtego szlaku  na Granaty, weszło w eksponowany teren i jedna z osób poślizgnęła się. Tutaj link KRONIKA TOPR 30.09 . Doszliśmy do wniosku, że nie warto ryzykować, niestety żadne z naszej czteroosobowej grupy nie miało zbyt wielkiego doświadczenia w zimowej turystyce górskiej, dlatego postanowiliśmy tym razem odpuścić i wybrać sobie stromą ale bezpieczniejszą i mniej wymagającą trasę na przełęcz Karb (1853m n.p.m.), (z perspektywy czasu dziękuję sobie w duchu, że nie uparłam się, żeby tam iść. Bez doświadczenia i odpowiedniego zabezpieczenia byłoby to ogromnie nieodpowiedzialne). Na Karb idzie się dość szybko, z podejściem można sobie spokojnie poradzić w pół godziny. Dodatkowo nie mamy tam zbyt dużej ekspozycji, dlatego uważam że warto taki „spacer” polecić osobom, które chciałyby już trochę wyżej ale jeszcze nie do końca wiedzą jak. Niemniej jednak, w okresie jesiennym wskazane jest zachować szczególną ostrożność, gdyż na tej trasie często pojawiają się oblodzenia, kamienie są śliskie i łatwo o zjazd „kilka pięter niżej”.

Podsumowując, chciałabym abyście pamiętali, że w górach nie zawsze warto starać się za wszelką cenę. Do gór należy mieć respekt, należy je szanować i żyć z nimi w zgodzie. Zdobywać je wtedy, kiedy one nam na to pozwolą, nigdy odwrotnie.

Na koniec trochę zdjęć:

Tutaj zdjęcie Czarnego Stawu Gąsienicowego z sierpnia zeszłego roku

Tu zdjęcie znad Czarnego Stawu Gąsienicowego z sierpnia ubiegłego roku, szczyt Kościelca jeszcze bez śniegu. Na znaku na lewo Zawrat, na prawo Karb.

BE7173C2-8630-4531-A865-D8321CAD5868

A tutaj zdjęcie z bezpośrednio opisywanej wyżej wyprawy. Tak właśnie wygląda przełęcz Karb, a w tle po prawej stronie Kościelec.

D5F875E9-962D-475E-8A08-10B2A3CA1CF8

Widoki z przełęczy Karb. Od prawej strony widok na Granaty: Zadni, Pośredni i Skrajny, w dole zdjęcia Czarny Staw Gąsienicowy.

Zapraszam do poczytania pozostałych wpisów, miłej lektury!

Moja historia czyli jak zaczyna się miłość do gór od pierwszego wejrzenia

W sierpniu 2016r. doszłam do wniosku, że po bardzo pracowitych wakacjach musimy z Mateuszem koniecznie pojechać na urlop. Bez konkretnego pomysłu i planu wybraliśmy Karkonosze. Znaleźliśmy fajny hotel z basenem, saunami, jacuzzi i wszelkimi udogodnieniami (ach, to były czasy.. obecnie raczej schroniska lub pokoje 😉 ). W planie wyjazdu uwzględniliśmy zwiedzanie wodospadów i okolicy oraz jednodniową wyprawę na Szrenicę (1362m n.p.m.). Jednym słowem plan był taki, żeby pochodzić ale przypadkiem się nie zmęczyć. Pogoda nam dopisywała, słonecznie, bez wiatru i drugiego dnia postanowiliśmy zdobyć szczyt. Zaczęła się wyprawa.. Najpierw spacerkiem,  dość łagodnie i spokojnie a zaraz po tym kilka godzin monotonnego marszu pod górę na szczyt. Niestety praktycznie przez całą tę drogę Mateusz musiał wysłuchiwać moich jęków i narzekań, a to, że bolą nogi, a to, że gorąco albo, że zróbmy postój (średnio co 5 minut :)). Jedyne co miałam w myślach, to tyle, żeby Mati zaniósł mnie na plecach na tę Szrenicę i nigdy więcej nie wymyślał takich form spędzania urlopu. Na szczęście w końcu udało nam się wmaszerować na szczyt i wtedy… W tym momencie pokochałam góry. Po prostu uwielbiam ten moment, kiedy po długich i żmudnych kilometrach marszu, godzinach wspinania i przełamywania własnych słabości w końcu mogę usiąść na szczycie, spojrzeć na krajobraz i powiedzieć sama do siebie- Tak, to JA zrobiłam. Pokonałam tę górę, pokonałam swoje lęki. Jestem z siebie dumna i cieszę się, że udało mi się to osiągnąć. Jak możecie się domyślać, już następnego dnia, mimo paraliżujących nogi zakwasów wyruszyliśmy z samego rana na Śnieżkę (1602m n.p.m.). Teraz, gdy ktoś proponuje wyjazd w góry, szczególnie w moje ukochane Tatry, jestem pierwszą osobą, która czeka gotowa ze spakowanym plecakiem. Wierzcie mi, że w górach tak jak w życiu, naprawdę nie warto odpuszczać już na samym początku i zrażać się za pierwszym razem. Nawet mimo porażek czy niepowodzeń nie powinniśmy rezygnować z celu a po prostu sumiennie wyciągnąć wnioski i zdobywać szczyty!

Pozdrawiamy cieplutko!

PS. Informacje na temat szlaków, którymi maszerowaliśmy na Szrenicę i Śnieżkę pojawią się przy okazji kolejnych wpisów.

Pierwszy wpis

Witajcie kochani!

Jesteśmy parą młodych, pełnych zapału i miłości do gór ludzi. Pochodzimy z okolic Gdańska. Maszerujemy po górach od 2016 roku starając się za każdym razem podnosić poprzeczkę, przeżywać nowe chwile, podziwiać widoki zapierające dech w piersiach. Chcemy dzielić się z Wami naszą wiedzą nabytą w trakcie wędrówek, przemyśleniami i wnioskami, do których udało nam się dojść. Zdajemy sobie sprawę, że jeszcze raczkujemy w tej dziedzinie aktywności dlatego chcemy się cały czas rozwijać oraz pogłębiać swoją wiedzę i doświadczenie. Systematycznie będziemy dodawali (foto)relacje z naszych wypraw, opowiadali o trasach, które warto wybierać i podpowiadali co należy zabrać na piesze wędrówki, w jakie ubrania się zaopatrzyć, o czym pamiętać i jak się przygotowywać.

Bądźcie z nami i trzymajcie kciuki!

Patrycja i Mateusz

Blog na WordPress.com.

Up ↑