Na Kościelcu trochę wieje

Kochani moi,

Startujemy dzisiaj z szeregiem majowych relacji z dwóch wyjazdów. Mam nadzieję, że spodoba Wam się część pierwsza czyli Kościelec. Miłego czytania!

Całą przygodę zaczynamy 30 kwietnia o 4:30 nad ranem, ledwo przytomni (tak, to jest środek nocy) wraz z naszym nowym kolegą Maćkiem pakujemy się w Gdańsku do busa i ruszamy do Zakopanego. Późnym popołudniem meldujemy się na zakopiańskim dworcu a następnie w Murzasihle gdzie standardowo mamy nocleg. W planach na następny dzień mamy tyle pomysłów, że w zasadzie nie wiemy jeszcze nic ale 1 maja wstajemy o 5 i ruszamy na szlak. Nie zaskoczę chyba nikogo pisząc, że standardowo ruszyliśmy z Brzezin przez Psią Trawkę do Murowańca (czy kiedykolwiek będzie wyjazd, podczas którego chociaż raz nie przejdziemy tej trasy?). Wiem, że dużo osób go nie lubi, że prowadzi praktycznie cały czas przez las, że wyboiście i krzywo ale co z tego, chyba przez jakiś sentyment -albo coś w tym rodzaju- uwielbiam ten szlak!


 

33232559_1705948269484518_7616862489271074816_nTrochę nieprzytomni (kto to słyszał wstawać o tej porze…) ale zadowoleni, meldunek Psia Trawka 🙂


 

Do Murowańca docieramy około godziny 7:30 gdzie spotykamy się z Maćkiem, który dotarł do nas z Kuźnic niebieskim szlakiem przez Boczań. Pomimo, że majówka w pełni to w schronisku spotykamy niewiele osób. Pochłaniamy szybkie śniadanko i ruszamy nad Czarny Staw Gąsienicowy. Osobiście uważam, że podejście ze schroniska do tego właśnie stawu to (mimo, że króciutka) jedna z najbardziej urokliwych tras, która odsłania przed nami cudowną panoramę na sąsiadujące szczyty. Na szlaku zalega trochę śniegu, mimo dość wczesnej godziny słońce grzeje a my szybciutko docieramy nad staw gdzie podejmujemy wspólną dyskusję- gdzie idziemy? Niby pogoda ładna ale wieje niemiłosiernie więc na odsłoniętym Kościelcu będzie urywało głowy więc może Zawrat? Ta upragniona, długo wyczekiwana przełęcz, która już 4 razy nie chciała mnie wpuścić. No tak, ale jakie wejście- zimowe czy już łańcuchy? Niby raki mamy ale może warto się wstrzymać i dowiedzieć… W końcu zapada szybka decyzja- dobra, robimy Kościelec.


 

33075206_1705947896151222_6765346739932102656_nWidok znad Czarnego Stawu Gąsienicowego. Na zdjęciu najwyższy, majestatyczny i przepiękny Kościelec, który już na nas czeka.


Ruszamy czarnym szlakiem w stronę przełęczy Karb i po pierwszych 15 minutach marszu napotykamy pierwszy zalegający śnieg, który staramy się ominąć idąc po kamieniach z lewej strony co okazuje się niezbyt dobrym pomysłem, ponieważ kamienie są mało stabilne i łatwo uciekają pod stopami. Mateusz wchodzi przede mną a wprost pod moje nogi turla się kilka kamieni. Docieramy w końcu do ścieżki, gdzie czujemy się już spokojni i bezpieczni. Co prawda wieje jak na Uralu ale wysiłek wynagradzają nam przepiękne widoki, w dole widzimy już Czarny Staw Gąsienicowy spod którego niedawno ruszyliśmy. Po dłuższej chwili docieramy na przełęcz Karb znajdującej się na wysokości 1853m n.p.m. Byliśmy tam z Mateuszem już w zeszłym roku aczkolwiek wtedy to był cel główny a teraz tylko przystanek- idziemy wyżej! Cały czas towarzyszy nam silny wiatr (wg. prognoz 60km/h), który przy mocniejszych porywach skłania nas do tak zwanego „słowiańskiego przykucu” co by nas nie zwiało 😉


33140013_1705944659484879_6126447221958246400_n.jpgZnowu jestem na Karbie, witam ponownie!

33221592_1705945682818110_9139304580385865728_n.jpgWidok z Karbu na Kościelec, wprost na sam szczyt!



Na razie dotychczasowa droga nie przysporzyła nam zbyt wielu wrażeń, samo podejście na Karb nie jest szczególnie wymagające i nie należy do tych ekscytujących. Podchodzimy do miejsca, gdzie widnieje ostrzeżenie o trudności szlaku i spadających kamieniach. Zaczynamy już bezpośrednie podejście na Kościelec. Na początku kamienista ścieżka, trochę stopni, dużo zakrętów i (nareszcie!) dochodzimy do pierwszej skałki, w sumie taka mini-rynna gdzie do wejścia przydadzą się już ręce. Sprawnie się przez nią wdrapujemy i lecimy dalej, sytuacja się powtarza- trochę stopni, mocno pod górę, zakręt i niespodzianka, czas na kolejny „wspin”. Tak naprawdę im wyżej tym mniej wygodnej ścieżki a co raz więcej wdrapywania się po skałkach, czyli tego co tygryski lubią najbardziej :). Na szlaku sucho i bez śniegu. Gdzieś w połowie drogi Mateuszowi przypomina o sobie jego nieodłączny kompan górskich wędrówek- lęk wysokości. Przykleja się plecami do jednej ze skał i tak zostaje niczym zastygnięty robaczek w naszym nadmorskim bursztynie. Maciek poleciał już dawno do góry a my stoimy tak we dwoje od dobrych 10 minut witając się z każdym, kto nas wymija. Stoję i zachodzę w głowę- co tu jeszcze powiedzieć, żeby go zmotywować? Przecież nie rozbije tu namiotu i nie zostanie na zawsze więc albo do góry albo wcale. Okazuje się, że to ostatnie zadziałało i Mateusz na trzęsących nogach rusza do góry (zwycięstwo!). Maszerujemy dalej, jesteśmy już blisko szczytu. Patrzę w lewo a tam ściana i dobre 200m w dół (nie mam zielonego pojęcia ile metrów jest w rzeczywistości ale moja wyobraźnia tak właśnie wymierzyła). Za nami cudowna panorama, w dole cały czas widzimy Czarny Staw Gąsienicowy, czasami też Zamarzły Staw i Karb, który wydaje się być tuż pod naszymi nogami a przecież dopiero co tam byliśmy.


33083052_1705940446151967_4200679410799476736_n.jpgPo lewej stronie zdjęcia widać przełęcz Karb, po prawej fragment Czarnego Stawu. Widzicie w dali tą linię horyzontu? Przecież to istna magia!

33077909_1705938379485507_2356776128728793088_n.jpg
Mateusz (w zestawie ze swoim przyjacielem- lękiem wysokości) dzielnie walczy, jeszcze kawałeczek, chwilka i zaraz będziemy!


Patrzę do góry i wiem, że już niewiele zostało, że jeszcze tylko kilka kroków, kilka wspięć i jesteśmy aaale, przecież nie mogłoby być zbyt lekko i pięknie więc spotykamy w tym momencie Panią, która schodząc zostawia nam żarcik-informację o treści „nie wchodźcie tam, nie ma sensu, tam wieje” i w tym momencie czuję na sobie spojrzenie Mateusza, który swoim wymownym wzrokiem jest gotów zawrócić i wręcz zbiec na dół w bezpieczne miejsce na ławce w schronisku. Patrzę na niego zrezygnowana- no błagam, przecież już praktycznie jesteśmy a to był tylko żarcik, po za tym cały czas wieje więc nie sądzę, żeby 2 metry przed szczytem wiało dużo mniej niż na samym szczycie. Dobra, poszedł dalej, nie zatrzymał się ani nie zawrócił, jest dobrze. Okazuje się że przed nami ostatnia skałka, która wymaga żeby się na nią wgramolić i jesteśmy, UDAŁO SIĘ! Witamy na Kościelcu z wysokości 2155m n.p.m. Panorama zwala z nóg.




33083052_1705938132818865_3538533708753534976_n.jpgI tak to właśnie wygląda: z jednej strony ja- szczęśliwy pączek, z drugiej on z miną w stylu „dobra Grażyna, rób prędko to zdjęcie i schodzimy stąd jak najszybciej”

33099789_1705937242818954_3717549771011915776_n.jpgJa, strongwoman znad morza na szczycie Kościelca- polecam 🙂


Na szczycie klasycznie- przerwa śniadaniowa, chwila dla fotoreporterów i ruszamy w dół. Schodzimy na Karb a później drugą stroną do Murowańca- przez szlak prowadzący przy Zielonym Stawie Gąsienicowym.

Słyszałam już od kilku osób, że na wybrane szczyty powinno wchodzić się maksymalnie raz i wystarczy (ewentualnie dwa razy- latem i zimą) aczkolwiek myślę, że dzięki takim widokom i panoramie, która się nam zaprezentowała to na Kościelca mogłabym wchodzić bez końca :).

PS: Na szczęście nie było tak tragicznie cały czas, Mateusz po kilku minach na szczycie oswoił się z widokami oraz wysokością i po chwili już na spokojnie, zadowolony pozował do „szczytowego” zdjęcia (zamieszczam dowód, żebyście nie myśleli, że jestem sadystką, która ciąga przerażonych i momentami prawie sparaliżowanych ludzi na Kościelca).


33118907_1705937402818938_7370965488337158144_ndowód, uśmiecha się nawet!


Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu dzisiejsza relacja bo już niedługo następna ale jeszcze nie zdradzę skąd, cierpliwości 🙂

Dziękuję Wam ogromnie, że tu jesteście, że czasem wpadacie na bloga czy fanpage i chce się Wam czytać moje wypociny, jesteście super!

Buziaki,
Patka! ;*


dc

Reklamy

xxx

Nazywam się Patrycja i mam 21 lat. Prywatnie interesuję się marketingiem, uwielbiam zwierzęta i muzykę ale przede wszystkim ponad życie kocham góry.

Od najmłodszych lat było mi dane zderzyć się z okrutną rzeczywistością otaczającego nas świata. Po rozwodzie rodziców przez ok 5 lat regularnie doświadczałam różnych form molestowania ze strony jednego oprawcy. Przez ten cały czas, jako 9-letnia dziewczynka siedziałam cicho jak mysz pod miotłą i udawałam za każdym razem, że nic się nie stało. Dlaczego? Ze względu na wiele aspektów. Pierwszym z nich był ciągły strach, w jakim żyłam. Groźby kierowane w kierunku do mnie („nie mów nikomu, bo…”) bardzo skutecznie działały na wyobraźnię kilku/kilkunastoletniego dziecka i powstrzymywały przed jakąkolwiek formą ujawnienia prawdy na światło dzienne. Po drugie bardzo się tego wstydziłam, bo przecież „co powiedzą koleżanki w klasie jak się wyda? Wszyscy wokół mają takie wspaniałe, kochające rodziny, a ja?”. Gdy po wielu latach przerwałam milczenie, przez wiele tygodni, miesięcy byłam bombardowana pytaniami „Dlaczego nic wcześniej nie powiedziałaś? Przecież byśmy zareagowali.”. Niestety, tak naprawdę dopiero po 6-ciu latach byłam w stanie uświadomić sobie i określić jasno powody, przez które jak nastoletnie dziecko godziłam się na wieloletnie i stałe wyrządzanie krzywdy.

W końcu ogromna bańka żalu pękła a ja nie miałam już siły trzymać tego dalej w sobie. Tydzień po ujawnieniu całej sprawy mój oprawca zabił mamę na oczach moich i babci. Wielokrotnie wbił nóż w samo serce swojej żony, mojej matki. Po wszystkim uciekł jak szczur.

„Do zbrodni doszło pod koniec grudnia 2010 roku. Anna B., która wcześniej wyprowadziła się z domu męża, wraz ze swą matką i córką pojechały do Straszyna. W centrum miejscowości Leszek P. zajechał im drogę. Po nieudanej próbie skłonienia żony do powrotu odjechał. Przerażona Anna B. powiadomiła policję. Jeszcze przed przybyciem policji, po krótkiej chwili Leszek P. wrócił. Mężczyzna używając młotka miał wybić szybę w samochodzie żony i nożem zadał jej czternaście ran kłutych szyi, klatki piersiowej i brzucha, a ponadto wielu ran kłutych i ciętych na rękach. O zabójstwie policję powiadomił mężczyzna przechodzący w pobliżu miejsca zdarzenia. Pojęto bezskuteczną próbę reanimacji. ”

Źródło: http://starogardgdanski.naszemiasto.pl/artykul/nozownik-zatrzymany-w-zblewie-zostal-skazany-na-25-lat,1812693,art,t,id,tm.html

Dziś wiem, że moim największym błędem było to, że przez wiele lat po wszystkim żyłam w przekonaniu, że zrobiłam bardzo źle mówiąc o wyrządzanych mi krzywdach. Uważałam, że nic by się nie stało, gdybym dalej milczała. A przecież to nie była moja wina, przecież nie mogłam wiedzieć, że mama będzie musiała oddać swoje życie za moje krzywdy. Dziś już o tym wiem.

Minęło 8 lat od tamtych wydarzeń. Przez ten czas przeżyłam bardzo wiele wzlotów i upadków. Mimo stałych spotkań z psychologiem, przez pierwsze pół roku jako 14-latka wracałam na kolanach pijana do domu. Opuściłam się w nauce, zaczęłam palić, stałam się kompletnym „marginesem” społecznym. Po kilku miesiącach zadecydowałam, że czas zebrać się w garść. Zmieniłam towarzystwo, znów stałam się wzorową uczennicą, która na każdym świadectwie ma pasek a nawet zasłużyłam na stypendium. Skończyłam jedną z lepszych szkół średnich w mieście, zaczęłam studiować prawo, dorywczo pracowałam w kancelarii. Ta bajka znów nie mogła trwać zbyt długo. Wpadłam w depresję i nerwicę, rzuciłam studia, pracę, znów oddałam się w wir wiecznej imprezy. Dopiero kiedy trzy lata temu pierwszy raz pojechałam w góry udało mi się znów zebrać całe swoje życie w garść i znaleźć swoje miejsce na ziemii.

Kilka dni temu wróciłam z pierwszego samotnego, zimowego wyjazdu w Tatry. W drodze do Zakopanego byłam pełna sprzecznych uczuć. Z jednej strony ogromny strach, wręcz panika przed „nieznanym”. Z drugiej strony chciałam pokazać sobie i udowodnić światu, że wciąż jestem silną kobietą, której nic nie jest w stanie stanąć na przeszkodzie. Z jeszcze innej strony frustracja i kompletne załamanie, ciągłe zadawanie pytań „co się ze mną stało?” „co jest ze mną nie tak, przecież kiedyś nie byłam tak zamknięta i przerażona świata?”. Dopiero po dwóch dniach od powrotu udało mi się poukładać na nowo wszystko w głowie. Teraz znów nabrałam pewności siebie, odzykałam siły i chęci do życia. Zostawiłam daleko za sobą strach i obawy przed światem, przed ludźmi.

Góry to dla mnie jedyne miejsce na Ziemi, gdzie mogę zmierzyć się sama ze sobą. Nie zdobywam szczytów, zdobywam samą siebie. Poprzez nowe doświadczenia, walkę ze słabościami i lękami staję się lepszym człowiekiem. Uczę się słuchać świata wokół mnie i żyć w zgodzie z naturą, ale przede wszystkim tylko tam mogę poznawać prawdziwe uczucia, których nigdy wcześniej nie było mi dane poznać. To właśnie w górach pierwszy raz zobaczyłam czym jest prawdziwa miłość i szczęście. Satysfakcja z pokonania wszystkich przeciwności, które spotykały mnie w drodze pod górę jest nie do opisania. Może to absurdalne, ale każde podejście, każde pokonanie szlaku i wejście na szczyt jest dla mnie swoistym odzwierciedleniem mojego życia. Na początku jest ciężko i cholernie trudno, dużo wysiłku, potu, walki ze słabościami i samą sobą. Aż nagle docierasz na szczyt i wiesz, że wszystko to osiągnęłaś sama. Nie wleciałaś helikoperem, nie wjechałaś kolejką, nie załatwiłaś sobie łatwiejszej drogi za dodatkową kasę. Weszłaś sama i nie liczy się już to, co masz ale kim jesteś. Liczy się jak zmieniła Ciebie ta droga i jakie wnioski z niej wyciągnęłaś. Właśnie te drogi nauczyły mnie najważniejszej w życiu rzeczy, że nic na świecie nie dzieje się przez przypadek. Wszystkie cierpenia, zło, przeciwności i porażki są tylko lekcją, z której muszę wyciągać wnisoki i zapamiętać je na przyszłość.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ponieważ wiem, że nie jestem jedyną, którą spotkała taka historia. Wiem, że jest wiele osób wokół mnie, które dzisiaj są w tym „gorszym” memencie życia, które straciły wiarę i nadzieję na lepszą przyszłość. Wiem też, że moja historia może wiele osób zainspirować, wielu osobom pokazać, że skoro ona, 21-letnia gówniara mogła spiąć dupę i zacząć naprawdę żyć, zostawić za sobą wszystko co złe i patrzeć z niecierpliwością w przyszłość, to dlaczego ja nie mogę? Dlaczego mam być gorszy? Nie ma żadnego powodu, dla którego ktokolwiek z nas miałby być gorszy. Wszystko leży w naszych głowach, a w mojej na stałe zamieszkało hasło SPEŁNIAJ MARZENIA!

Nie chcę tym tekstem przekazać Wam „patrzcie jaka jestem świetna, tyle przeżyłam a i tak się z tego wygrzebałam„. Chcę żebyście wiedzieli, że nie ma znaczenia czy masz bogatych rodziców, czy ich wcale nie masz, czy jesteś wszechstronnie utalentowany, piękny, zaradny czy znowu nic Ci nie wychodzi. Żadna sytuacja w życiu nie jest nigdy na tyle beznadziejna, żebyś miał prawo się poddać i nie zawalczyć o siebie i lepsze jutro.

 

 

K2? To tylko Murowaniec

Kochani,

Ledwie kilka godzin temu wróciłam do domu z pierwszego zimowego, w dodatku pierwszego samotnego wyjścia w Tatry, dlatego jak najszybciej dzielę się z Wami relacją części moich przeżyć!

Zacznijmy od tego, że ostatnie kilka tygodni było prawdziwym koszmarem i udręką dla mojego samopoczucia. Może z racji pory roku, może przez inne fakty dopadła mnie totalna depresja. W związku z czym doszłam do wniosku, że jedynym ratunkiem są dla mnie moje kochane Tatry. Siedząc w niedzielę wieczorem w łóżku zakomunikowałam Mateuszowi zarezerwowałam bilet, jutro wyjeżdżam. Oczywiście nie musiał nawet pytać gdzie, sprawa jasna.

W poniedziałek wieczorem wpakowałam się do busa. Pierwszy raz od dawna byłam pełna tak wielu skrajnych uczuć- przerażenia, podekscytowania, rezygnacji a jednocześnie chęci pokonania własnych lęków i odkrycia siebie samej. Po dwóch godzinach snu, ledwie przytomna we wtorek o godzinie 7 byłam już w Zakopanem. I tutaj zaczyna się moja przygoda.. 😊

Początkowo moim planem była trasa z Kuźnic przez Boczań na Halę Gąsienicową, ale (o dziwo!) nie znałam tej trasy kompletnie, nigdy nią nie szłam. W ostatniej chwili zadecydowałam żeby ruszyć najmniej lubianą i popularną przez turystów trasą z Brzezin. Mimo, że cała droga prowadzi przez las i widoków na niej niewiele, to mam do niej ogromny sentyment. Może właśnie dlatego, że za każdym razem kiedy schodzimy latem do naszego miejsca noclegu, klniemy pod nosami, że znowu wybraliśmy ten szlak- mało wygodny i pełny wyboistych kamieni.

Tak więc o godzinie 8:30 dojechałam do Brzezin i ruszyłam na szlak. Średnio czułam się na siłach po dwóch godzinach snu, dlatego zadecydowałam, że jedynym miejscem, gdzie dotrę tego dnia będzie schronisko Murowaniec na wysokości 1500m n.p.m. Jako totalny zimowy laik ubrałam na siebie chyba z milion warstw, przez co mimo wyjątkowego mrozu, po 10 minutach marszu zaczęłam się dosłownie gotować.



Po 20 minutach marszu zadzwoniłam do Mateusza z meldunkiem, że dotarłam do naszej ulubionej Psiej Trawki. Latem zawsze jemy tam śniadanie :). Przeprowadziliśmy szybką wymianę zdań na temat tego, czy na pewno misie śpią o tej porze… I ruszyłam dalej w drogę.

Pierwszą rzeczą, która mnie totalnie zaskoczyła a jednocześnie przeraziła była cisza. Podczas marszu czułam się jak w totalnej próżni. Zero wiatru, śpiewu ptaków, jakichkolwiek odgłosów. Wiem, że duża część ludzi właśnie za to kocha góry zimą. Mimo wszystko dla mnie, przy pierwszym zimowym spotkaniu samej z górami było to kompletnie przerażające.


Maszerując w tej ciszy na wysokości 1/3 drogi zauważyłam na śniegu dziwne ślady. Wyglądały jak odcisk łapy z trzema, może czterema pazurami. W tym momencie przypomniała mi się rozmowa na temat misiów, które mogą jeszcze nie spać… Momentalnie ugięły się pode mną nogi, serce zaczęło walić jak młotem… Co zrobić, trzeba iść dalej.

Minęło może z 10 minut drogi (podczas której nieustannie oglądałam się na wszystkie możliwe strony) aż mój organizm przypomniał mi, że przecież cały czas idę bez śniadania. Wyciągnęłam z plecaka kanapkę i ruszyłam w dalszą podróż. Żując lekko przymrożoną bułkę znów skupiłam się na wsłuchiwaniu w ciszę. Po chwili przypomniała mi się niedawna rozmowa na temat misiów i uświadomiłam sobie, że przecież moja kanapka z szynką jest niczym innym jak śladem apetycznych zapachów. Znów kompletnie przerażona szybko schowałam pozostałe pół bułki do kieszeni.



Przyszedł czas na rozważania. Myślę sobie tak: Patka, jak zobaczysz misia, musisz się spokojnie oddalić, a gdyby szedł w Twoją stronę zrzucisz plecak, żeby odwrócić jego uwagę i szybko mu zwiejesz. Mój plan byłby genialny, gdyby nie fakt, że kanapka, która (w mojej wyobraźni) była znakomitym zaproszeniem dla niedźwiadka, znajdowała się nie w plecaku, a w kieszeni mojej kurtki. Nie chciałam się zatrzymywać więc postanowiłam zawinąć kanapkę w chusteczkę, którą miałam pod ręką z nadzieją, że zatrzyma ona zapach szynki (wspominając to dzisiaj nie wiem czy bardziej chce mi się śmiać czy płakać z powodu mojej głupoty i naiwności 😅).

Dalej wilczo głodna stwierdziłam, że skoro kanapka stanowi dla mnie kwestię życia i śmierci, to może bananowy baton będzie lepszym rozwiązaniem. I (kto wie?) może by tak było, gdyby nie okazało się, że zamarzł do takiego stopnia, że nie byłam w stanie go ugryźć. Po prostu totalna porażka.



Na szlaku nie spotkałam żywej duszy, żadnego człowieka czy chociażby ptaszka, który wydałby z siebie jakiekolwiek dźwięki. Cały czas doskwierała mi totalna cisza, z jednym wyjątkiem- stałe i regularne skrzypienie śniegu pod butami. W pewnym momencie zaczęło mi się zdawać, że ktoś za mną idzie mimo, że faktycznie nie było nikogo.

Na szczęście dość dobrze znam ten szlak i wiedziałam, że lada moment pojawię się w schronisku. W końcu nastał ten moment. Krótki fragment ostrzejszego podejścia, zakręt, za nim pierwsze budynki na lewo a zaraz na prawo Murowaniec.



Wiem, że dla wielu z Was mój dzisiejszy opis jednego z najprostszych podejść na Halę Gąsienicową brzmi niczym wejście na K2, jednak tak wyglądają (przynajmniej moje) początki w zimowym świecie Tatr.

Czy Wy też tak mieliście za pierwszym razem? Jak wspominacie swoje początki? Mimo tak wielu emocji jakie dostarczyło mi podejście na Murowaniec okazało się, że pokochałam Tatry jeszcze bardziej niż mogłam sobie to wyobrazić.

Dziękuję bardzo Wam wszystkim, którzy doczekaliście razem ze mną do końca tej historii. Wiem, że wielu z Was pewnie nieźle się uśmieje czytając o wymysłach mojej wyobraźni podczas drogi ale mimo wszystko uważam, że w tym właśnie jest największy urok „początków”. Prawdopodobnie już nigdy więcej to podejście nie wzbudzi we mnie tylu wrażeń, dlatego myślę, że to najpiękniejszy czas i wspomnienia, które zostaną ze mną do końca życia.



PS.: Jak widzicie, widoki jakie zastały mnie po dotarciu na Halę Gąsienicową wynagrodziły każdą sekundę drogi w strachu na nogach jak z waty. Melduję, że wracam w Tatry najszybciej jak tylko się da! ❤️

Z czerwonych wierchów na Kasprowy czyli jak z biegiem czasu zmieniają się wspomnienia

 

Kochani, dzisiaj zacznę od tego, że w związku z ostatnim kilkudniowym przestojem w nowym tygodniu ruszam z dawką ogromnej motywacji i pomysłów na kolejne wpisy dla Was.

Dodatkowo dziękuję ogromnie, że jesteście tu ze mną i razem możemy jeszcze raz we wspomnieniach przemierzać te wszystkie szlaki. Enjoy!


Przełęcz Kondracka, my poszliśmy najpierw w prawo na Giewont a później na Kopę Kondracką.


 

Wczoraj wieczorem planując trasy na kolejny wyjazd przypomniało mi się nasze pierwsze wejście na Giewont (o którym innym razem) i następnie trasa przez Kopę Kondracką na Kasprowy Wierch, o czym dzisiaj.



Gdzieś w połowie trasy, wiadomo bez selfie się nie obejdzie :).  Jak widać szlak bardzo przyjemny i urokliwy.


 

Początkowo trasa bardzo przyjemna i spokojna. Cudowne widoki, szczególnie że podpasowała nam pogoda. Trochę z górki, trochę pod góre, typowy trekking, nic wymagającego ani tym bardziej męczącego.  Jednak dobre złego początki..  Pamiętam, kiedy na trasie dwa razy napotkaliśmy strome głazy, które wymagały niewielkiego „wspinu” (dzisiaj nie nazwałabym tego nawet wspinaniem).


Przecudowna panorama!


 

Kiedy jako bardzo początkujący (był to nasz pierwszy wyjazd), typowi sezonowi turyści zobaczyliśmy, co zaraz musimy pokonać, początkowo zamarliśmy wszyscy w miejscu. Jednak z racji, że innego wyjścia nie było, trzeba było ruszyć do przodu. Pierwszy poszedł Mateusz, któremu przy wchodzeniu obsunęła się noga. Szczerze mówiąc, widziałam już wtedy śmierć w oczach, bo przecież tragedia, 2 metrowy głaz! 😉




Okazało się, że przeszkodę udało się oczywiście pokonać bez większych problemów. Nie ma w tych miejscach dużej ekspozycji, nie ma urwisk czy przepaści. Trasa szerokości 2-3 metry, moim zdaniem całkowicie bezpieczna. Ale wtedy panikę trzeba było zasiać, wiadomo.


To tylko wygląda tak strasznie na zdjęciu, gwarantuję 🙂



Dzisiaj, patrząc z perspektywy czasu i perspektywy tras, które udało nam się już przejść dziwię się sama sobie- o co mi wtedy chodziło? Obecnie z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że polecam gorąco tę trasę wszystkim, którzy zaczynają swoją przygodę w Tatrach. Przy odrobinie dobrej pogody ukażą się przed nami cudowne krajobrazy, które nie raz zapierają dech w piersiach.




Niedługo następny wpis, zaglądajcie!
Patrycja 🙂

 

Jak wybrać buty na trekking w górach

Kochani, dzisiaj wpis z serii poradników. Opowiem Wam trochę czym warto się kierować i na co zwracać uwagę przy wyborze odpowiedniego obuwia na długie, czasem całodniowe wędrówki w górach.

Po pierwsze musimy zastanowić się nad tym, czy wybieramy się w góry jednorazowo, raz do roku z rodzinką czy może planujemy częste, kilkudniowe wypady w góry nastawione na zdobywanie szczytów. Jeśli na razie nie jesteśmy przekonani co do częstotliwości, z jaką będziemy użytkowali nasze buty to na swoim przykładzie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że na jednorazowe wyjście latem wystarczą nam dobre i wygodne adidasy. Osobiście za pierwszym moim wyjazdem zaopatrzyłam się w wygodne, niskie salomonki, które na co dzień używam jako zwykłe adidasy. Przy zakupie kierowałam się głównie trzema rzeczami. Po pierwsze buty muszą być wygodne. Pamiętajmy, że nawet jednodniowe wyjście w góry wiąże się z kilkugodzinną wędrówką, raz po górę, raz w dół. Po drugie warto, aby buty były o 0,5-1 rozmiar większe o rozmiaru, który nosimy na co dzień. Jest tak dlatego, że podczas schodzenia z gór, pod nachyleniem podłoża stopa w bucie zaczyna nam „uciekać” do przodu. Przy butach w normalnym rozmiarze (a jeszcze gorzej za małych!) po dotarciu do miejsca noclegu nasze palce u stóp będą w najlepszym przypadku całe obolałe, a w najgorszym zaczną odchodzić nam paznokcie. Naprawdę nie jest to ani miły widok ani przyjemne uczucie, a tak niewiele potrzeba, żeby pamiętać o rozmiarze większym. Trzecią ważną wskazówką jest podeszwa buta. Najlepiej aby posiadała głęboki bieżnik i „zróżnicowane wypukłości”. Zapewni to nam lepszą przyczepność do podłoża, szczególnie kiedy złapie nas deszcz a kamienie staną się śliskie i wręcz niebezpieczne. O to, jaki dokładnie powinien być bieżnik powinniśmy zapytać sprzedawcę- jeśli jest dobry, to na pewno będzie się na tym znał :).

Opcja druga, czyli byliśmy już raz, złapaliśmy bakcyla i chcemy wybrać buty, które będziemy często eksploatowali i posłużą nam dłuższy czas. W tym przypadku, nie da się ukryć, że musimy liczyć się z większym wydatkiem. Po za cechami, które wymieniłam powyżej warto tutaj zwrócić uwagę na dodatkowe rzeczy. Ja osobiście polecam buty wysokie. Sami z Mateuszem po pierwszym wyjeździe postanowiliśmy zainwestować w lepsze obuwie za kostkę. Po pierwsze ze względu na to, że w niskich butach stopa nie jest stabilna a kostka nieusztywniona, przez co po pokonywaniu dłuższych tras moje kostki wyglądały jak bańki. Po drugie nasz kolejny wyjazd odbył się w końcówce września, gdzie w wyższych partiach gór zalegało już ok. 15-20 cm śniegu. Nie sposób w takim wypadku maszerować w butach poniżej kostki, chyba, że chcemy obetrzeć sobie nogi… ;). Kolejną rzeczą, na którą warto zwrócić uwagę jest materiał, z którego wykonane są buty. Jeśli nie jest nieprzemakalny to koniecznym jest zakupienie odpowiedniego impregnatu, który nas uchroni przed przemoczeniem. Moje buty, które wybrałam są zrobione z materiału zewnętrznego nubuku woskowanego, do których dodatkowo używam impregnatu zwanego woskiem pszczelim. Przy takim zestawie jeszcze nigdy nie udało mi się przemoczyć buta i zawsze docieram do domu „suchą stopą” :).


Znalezione obrazy dla zapytania tatra lady gtx

Te buty osobiście polecam, testuję je od ponad pół roku i jak na razie nie miałam z nimi najmniejszego problemu.


 

Kochani, czym jeszcze kierujecie się przy wyborze butów do trekkingu? Dajcie znać w komentarzach, może o czymś zapomniałam!

Patrycja

 

Marszem przez Świstówkę


 

Na początku chciałam podziękować za tyle miłych słów od osób, które miały okazje tutaj wpaść i co nieco poczytać a także za to, że jesteście tu ze mną i na nowo, razem maszerujemy przez opisywane trasy. Z dnia na dzień jest nas co raz więcej. Jesteście najlepsi!


Wpadajcie na INSTAGRAM
Polubcie także nasz FANPAGE


 

Dzisiaj opowiem Wam trochę o naszym największym błędzie pierwszego wyjazdu w Tatry, czyli o tym jak lekka trasa na rozgrzewkę doprowadza do dwudniowego zakwaso-paraliżu.. 🙂

Otóż pierwszego dnia po przyjeździe wyruszyliśmy rano na szlak z Palenicy Białczańskiej w stronę Morskiego Oka, po czym przy Wodogrzmotach Mickiewicza (Mateusz dalej, nie wiedzieć dlaczego określa je mianem wodomierzy :D) odbiliśmy w prawo na zielony szlak w stronę Doliny Pięciu Stawów przez dolinę Roztoki. Początek szlaku wiedzie mocno pod górę- wysokie, kamieniste stopnie a do tego stromo, na szczęście taki jest tylko pierwszy fragment, którego pokonanie zajmuje ok 10-15 minut. Dalej idziemy spokojną trasą przez dolinę Roztoki, gdzie możemy podziwiać cudowne krajobrazy i strumyki, jednak niestety momentami spotykamy też pełno łysych, połamanych drzew.


27781796_1598508510228495_2017124590_n


 

Maszerując dalej dochodzimy do momentu kiedy mamy wybór- iść dalej zielonym szlakiem prowadzącym tuż przy wodospadzie Siklawa lub odbić w lewo na czarny szlak, który my właśnie wybraliśmy. Wspominałam już kiedyś że tego typu szlaki są jednymi z moich ulubionych. Jeżeli ktoś z Was również lubi strome podejścia gdzie trzeba ostro zasuwać pod górę, to polecam gorąco właśnie czarny szlak prowadzący bezpośrednio do Schroniska na Piątce. Dla mnie bajka!


Tutaj zdjęcia czarnego szlaku na Piątkę z góry, trzeba czasem popatrzeć jak inni się jeszcze męczą :p.


Swoją drogą, miesiąc później dla odmiany weszliśmy na Piątkę do końca zielonym szlakiem tuż przy wodospadzie. Z ręką na sercu mogę powiedzieć że trasa ta jest dużo bardziej malownicza i widokowa, chociażby ze względu na sam wodospad ale nie tylko. Za pierwszym razem słyszeliśmy głosy, że czarny szlak jest trudniejszy i bardziej wymagający. Po przejściu obu szczerze mówiąc nie widzę zbyt dużej różnicy w stopniu trudności pokonania obu tras, obie są podobnie strome i obie wymagają albo dobrej kondycji albo postojów co kilka stopni ;).

Po wejściu do Doliny Pięciu Stawów ruszyliśmy dalej niebieskim szlakiem początkowo prowadzącym tuż przy brzegu Przedniego Stawu. Po chwili docieramy do miejsca, gdzie przez niedługi fragment maszerujemy przez głazowisko. Nie ma tutaj nic strasznego czy niebezpiecznego, oczywiście pod warunkiem, że nie skręcimy kostki wpadając w szczelinkę między głazami.


W tle szlak, który za chwilę nas czeka 🙂


A za nami piękna i niezwykle urokliwa Dolina Pięciu Stawów.


Docieramy w końcu na Świstową Kopę i zaczynamy schodzić. Idziemy po wygodnej trasie w dół, po chwili przed nami odsłaniają się piękne widoki na Morskie Oko, Czarny Staw, Rysy i inne szczyty należące do Tatr Wysokich. Przez większą część szlaku schodzimy po dużych, kamienistych stopniach (czasami na tyle sporych, że nie łatwo było mi dosięgnąć stopą podłoża :p).

 


Widoki na Morskie Oko i Tatry Wysokie.

Po zejściu do schroniska (w końcu!) zaczęło lekko padać, więc skorzystaliśmy z okazji aby coś zjeść i uzupełnić płyny po czym doszliśmy do wniosku, że –trzeba by coś, gdzieś jeszcze– bo przecież mamy czas. No więc po chwili dyskusji zarzuciliśmy znów plecaki na plecy i ruszyliśmy w deszczu na Czarny Staw pod Rysami. Niestety ze względu na pogodę i straszną mgłę nie udało nam się zobaczyć praktycznie nic po za rządkiem kamieni.

A oto dowód:

 

Nie pozostało nam nic innego niż zejść ostrożnie po mokrych i śliskich kamieniach z powrotem do schroniska a następnie na parking do Palenicy Białczańskiej. Patrząc dzisiaj na tamten dzień myślę, że wejście na Czarny Staw było już kompletnie niepotrzebne, ponieważ wracaliśmy z Morskiego Oka przemoczeni od stóp do głów do tego od połowy drogi praktycznie już w ciemnościach (Uwaga! Udało nam się to bez wzywania Policji i TOPR-u, żyjemy do dzisiaj! 🙂 ). Niestety dotarliśmy do Murzasichle gdzie mieliśmy nocleg ok. godziny 21, do tego ledwo żywi i totalnie zmęczeni. Najgorsze jednak wydarzyło się następnego ranka kiedy okazało się, że przez zakwasy żadne z nas nie jest w stanie podnieść się z łóżka. Nie pomogły gorące kąpiele, piwko ani całe popołudnie na termach. Kolejnego dnia jedyne co byliśmy w stanie zrobić to przejść się spacerem na Ornak przez Dolinę Kościeliską. Straciliśmy przez naszą rozgrzewkę dwa dni wyjazdu i dopiero czwartego dnia udało nam się ruszyć na Giewont.

Tego pamiętnego dnia, bez wcześniejszych przygotowań czy treningów zrobiliśmy ponad 30km.

Na szczęście wyciągnęliśmy wnioski na przyszłość i teraz minimum miesiąc przed planowanym wyjazdem zaczynamy regularnie ćwiczyć, spacerować i maszerować po schodach. Dla mnie osobiście jest to szczególnie ważne, ponieważ mieszkając nad morzem nie mam możliwości wyskoczyć sobie przynajmniej raz w miesiącu na weekend w góry (chociaż tak bardzo bym chciała), głównie ze względu na dojazd, który zajmuje praktycznie cały dzień. W związku z tym, kiedy w końcu uda mi się wygospodarować ten tydzień na urlop w górach chcę każdy dzień w pełni wykorzystać. Teraz kiedy już nauczyłam się na błędach, przed każdym wyjazdem staram się maksymalnie przygotowywać do górskich wędrówek, żeby przypadkiem nie zmarnować znowu kolejnego dnia czy kilku, kilkunastu godzin wyjazdu na siedzenie w pokoju i narzekanie, że nie mogę chodzić bo zakwasy..

Mam nadzieję, że spodoba Wam się dzisiejszy wpis i, że mimo wszystko weźmiecie do siebie moje rady.

Patrycja

 

Jak krasnal z krótkimi nogami maszeruje przez Tatry

Moi kochani, na początku chciałam bardzo podziękować, że zaglądacie tutaj i jesteście z nami!

Otóż dzisiaj sprawa bardzo ważna, bo zapewne (tak jak ja na początku) wielu z Was zastanawia się jak to jest. Zasuwasz pod górę od kilku dobrych godzin z językiem na wierzchu, ledwo łapiesz oddech a do tego zaczyna się trudniejszy teren. Nagle patrzysz, a przed Tobą kamlot wyższy od Ciebie o pół metra i myślisz sobie „pies pogrzebany”. Pokażę Wam, że w rzeczywistości nie jest to takie straszne, pod warunkiem że podejdzie się do tego z głową.


Oto najlepszy dowód, że na wszystko da się wdrapać 😊.


Po pierwsze pamiętajmy, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Skoro prowadzi tam szlak, to znaczy, że bez względu czy masz 1,6m czy 2m wzrostu- da się tę przeszkodę pokonać. Nie zapominajmy, że każdy taki głaz ma wyżłobienia, szczelinki i wszelkie inne „urozmaicenia”, które po prostu mogą nam posłużyć jako punkt podparcia. Po drugie, tak jak i przy codziennych czynnościach, tak i w górach mamy nie tylko nogi ale też i ręce (czasem się o tym zapomina 😉), które w takich momentach mogą nie tylko pomóc ale też odegrać pierwszoplanową rolę.


Niebieski szlak na Zawrat z Hali Gąsienicowej, już nawet tutaj czekało nas trochę wdrapywania 😊


Po trzecie, zawsze jest ktoś w pobliżu. Bez względu czy idziemy w grupie czy samotnie- latem, na mało wymagających trasach zawsze znajdziemy innych turystów. Ktoś, kto był w górach chociaż raz wie dobrze, że ciężko znaleźć tam ludzi nieuprzejmych, którzy nie chcieliby służyć pomocą lub chociaż dobrą radą (swoją drogą to jeden z głównych powodów, dla których pokochałam góry). Nawet jeśli okaże się, że mimo znalezienia dodatkowych punktów podparcia i używania rąk nie jesteśmy w stanie się wdrapać- poprośmy o pomoc. To nic nie kosztuje a moment, kiedy uda nam się wejść wszystko wynagrodzi.

Ostatnim sposobem, aczkolwiek nie zawsze skutecznym i możliwym jest obejście przeszkody bokiem, oczywiście pod warunkiem, że nie narażamy w ten sposób swojego życia np. gdy obok jest urwisko. Przyznam szczerze, że korzystam w tej opcji tak często jak tylko mogę, szczególnie dlatego, że idąc za Mateuszem (bo w takiej kolejności zwykle wchodzimy i schodzimy), który ma prawie 2m wzrostu i nogi dłuższe ode mnie o kilkanaście centymetrów, nie sposób czasami jest zrobić taki krok jaki robi on. Wtedy po prostu szukam „swojej trasy” podpierając się i łapiąc za inne fragmenty skały.

Mimo wszystko pamiętajcie, że w górach do samego zejścia musimy zachować czujność a każdy nasz krok powinien być stawiany „z głową”, nigdy automatycznie.

Zapraszam do przeczytania pozostałych postów!

Patrycja ⛰

Respekt do gór czyli idziesz na Zadni Granat a kończysz na przełęczy Karb

Pod koniec września zeszłego roku podczas kolejnego wyjazdu w Tatry zaplanowaliśmy na jeden z dni trasę z Brzezin przez Halę Gąsienicową na Zadni Granat (2240m n.p.m.). Ruszyliśmy z samego rana w stronę Murowańca, było pogodnie i słonecznie. Nie jest to trasa szczególnie przeze mnie lubiana. 1,5h monotonnej drogi, brak widoków, z każdej strony las a do tego wyboiste kamienie (które, jak udało nam się dowiedzieć, kilka lat temu były poprawiane, aż strach pomyśleć co było wcześniej). Na szczęście, co ratuje w moich oczach tę trasę to miejsce gdzie w okolicach Psiej Trawki stoi kilka stołów i ławek, idealne miejsce na śniadanko w plenerze na świeżym powietrzu, bajka! Doszliśmy do Murowańca a stamtąd udaliśmy się w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego. Wyjątkowo bardzo lubię to miejsce, kojarzy mi się z naszą pierwszą (swoją drogą nieudaną) wyprawą na Zawrat, ale o tym innym razem :). Po chwili odpoczynku byliśmy gotowi do marszu w stronę Zadniego Granatu ale w tym momencie zobaczyliśmy helikopter kierujący się właśnie w tamtą stronę. Okazało się że dwoje turystów zeszło z żółtego szlaku  na Granaty, weszło w eksponowany teren i jedna z osób poślizgnęła się. Tutaj link KRONIKA TOPR 30.09 . Doszliśmy do wniosku, że nie warto ryzykować, niestety żadne z naszej czteroosobowej grupy nie miało zbyt wielkiego doświadczenia w zimowej turystyce górskiej, dlatego postanowiliśmy tym razem odpuścić i wybrać sobie stromą ale bezpieczniejszą i mniej wymagającą trasę na przełęcz Karb (1853m n.p.m.), (z perspektywy czasu dziękuję sobie w duchu, że nie uparłam się, żeby tam iść. Bez doświadczenia i odpowiedniego zabezpieczenia byłoby to ogromnie nieodpowiedzialne). Na Karb idzie się dość szybko, z podejściem można sobie spokojnie poradzić w pół godziny. Dodatkowo nie mamy tam zbyt dużej ekspozycji, dlatego uważam że warto taki „spacer” polecić osobom, które chciałyby już trochę wyżej ale jeszcze nie do końca wiedzą jak. Niemniej jednak, w okresie jesiennym wskazane jest zachować szczególną ostrożność, gdyż na tej trasie często pojawiają się oblodzenia, kamienie są śliskie i łatwo o zjazd „kilka pięter niżej”.

Podsumowując, chciałabym abyście pamiętali, że w górach nie zawsze warto starać się za wszelką cenę. Do gór należy mieć respekt, należy je szanować i żyć z nimi w zgodzie. Zdobywać je wtedy, kiedy one nam na to pozwolą, nigdy odwrotnie.

Na koniec trochę zdjęć:

Tutaj zdjęcie Czarnego Stawu Gąsienicowego z sierpnia zeszłego roku

Tu zdjęcie znad Czarnego Stawu Gąsienicowego z sierpnia ubiegłego roku, szczyt Kościelca jeszcze bez śniegu. Na znaku na lewo Zawrat, na prawo Karb.

BE7173C2-8630-4531-A865-D8321CAD5868

A tutaj zdjęcie z bezpośrednio opisywanej wyżej wyprawy. Tak właśnie wygląda przełęcz Karb, a w tle po prawej stronie Kościelec.

D5F875E9-962D-475E-8A08-10B2A3CA1CF8

Widoki z przełęczy Karb. Od prawej strony widok na Granaty: Zadni, Pośredni i Skrajny, w dole zdjęcia Czarny Staw Gąsienicowy.

Zapraszam do poczytania pozostałych wpisów, miłej lektury!

Moja historia czyli jak zaczyna się miłość do gór od pierwszego wejrzenia

W sierpniu 2016r. doszłam do wniosku, że po bardzo pracowitych wakacjach musimy z Mateuszem koniecznie pojechać na urlop. Bez konkretnego pomysłu i planu wybraliśmy Karkonosze. Znaleźliśmy fajny hotel z basenem, saunami, jacuzzi i wszelkimi udogodnieniami (ach, to były czasy.. obecnie raczej schroniska lub pokoje 😉 ). W planie wyjazdu uwzględniliśmy zwiedzanie wodospadów i okolicy oraz jednodniową wyprawę na Szrenicę (1362m n.p.m.). Jednym słowem plan był taki, żeby pochodzić ale przypadkiem się nie zmęczyć. Pogoda nam dopisywała, słonecznie, bez wiatru i drugiego dnia postanowiliśmy zdobyć szczyt. Zaczęła się wyprawa.. Najpierw spacerkiem,  dość łagodnie i spokojnie a zaraz po tym kilka godzin monotonnego marszu pod górę na szczyt. Niestety praktycznie przez całą tę drogę Mateusz musiał wysłuchiwać moich jęków i narzekań, a to, że bolą nogi, a to, że gorąco albo, że zróbmy postój (średnio co 5 minut :)). Jedyne co miałam w myślach, to tyle, żeby Mati zaniósł mnie na plecach na tę Szrenicę i nigdy więcej nie wymyślał takich form spędzania urlopu. Na szczęście w końcu udało nam się wmaszerować na szczyt i wtedy… W tym momencie pokochałam góry. Po prostu uwielbiam ten moment, kiedy po długich i żmudnych kilometrach marszu, godzinach wspinania i przełamywania własnych słabości w końcu mogę usiąść na szczycie, spojrzeć na krajobraz i powiedzieć sama do siebie- Tak, to JA zrobiłam. Pokonałam tę górę, pokonałam swoje lęki. Jestem z siebie dumna i cieszę się, że udało mi się to osiągnąć. Jak możecie się domyślać, już następnego dnia, mimo paraliżujących nogi zakwasów wyruszyliśmy z samego rana na Śnieżkę (1602m n.p.m.). Teraz, gdy ktoś proponuje wyjazd w góry, szczególnie w moje ukochane Tatry, jestem pierwszą osobą, która czeka gotowa ze spakowanym plecakiem. Wierzcie mi, że w górach tak jak w życiu, naprawdę nie warto odpuszczać już na samym początku i zrażać się za pierwszym razem. Nawet mimo porażek czy niepowodzeń nie powinniśmy rezygnować z celu a po prostu sumiennie wyciągnąć wnioski i zdobywać szczyty!

Pozdrawiamy cieplutko!

PS. Informacje na temat szlaków, którymi maszerowaliśmy na Szrenicę i Śnieżkę pojawią się przy okazji kolejnych wpisów.

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑